Obsługiwane przez usługę Blogger.

Zapomniane skocznie w Polsce - Dolina Jaworzynki

by - 11:18 AM



Dziś zapraszam Was na podróż do być może znanej Wam tatrzańskiej Doliny Jaworzynki. Jest to jedno z piękniejszych miejsc w Tatrach, którędy możemy dojść do Hali Gąsienicowej i rozkoszować się widokiem gór. Jednak nie to jest dzisiaj naszym tematem. Zaledwie 15 min od wejścia do tejże doliny, wśród drzew możemy zauważyć wgłębienie podobne do zeskoku skoczni i nie jest to mylne zjawisko. Niegdyś stała tu pierwsza skocznia narciarska, która powstała w Tatrach.


DANE SKOCZNI

Obiekt ten posiadał punkt konstrukcyjny na 30 metrze, a jego rekordzistą jest Czech Franciszek Wende, który oddał skok na długość 36 metrów. Było to dokładnie 7 marca 1926 roku. Teraz jednak praktycznie nie ma po niej śladu.



KRÓTKA HISTORIA
Dlaczego powstała akurat tam? Na posiedzeniu klubu SN TT Władysław Ziętkiewicz powiedział: „Miejsce nadaje się pod odskocznię w Jaworzynce ze względu na wielką dogodność stoku, bliskość Kuźnic i możność zamknięcia dostępu na czas zawodów”. Za plan tego obiektu odpowiedzialny był Aleksander Schiele, dzięki któremu projekt był już gotowy w październiku 1920 roku. Oczywiście zamierzano zbudować wieżę sędziowską, a także miejsce dla publiczności odgrodzone wysokimi palami. Skocznia była gotowa w styczniu następnego roku, ale do oficjalnego użytku oddano ją 8 marca 1921 roku. W tym samym roku odbyły się II. Związkowe Zawody o Mistrzostwo Polski, które były najprawdopodobniej jedną z większych imprez zaplanowanych na tym obiekcie. Zaledwie 2 lata później zapadła decyzja o zmodernizowaniu skoczni, by zawodnicy mogli skakać dalej. Aleksander Rozmus jako pierwszy przeskoczył granicę 30 metrów, oddając skok na 30,5 metra w konkursie z 1923. Rok później odbyły się zawody, w których wzięli udział sportowcy ze Lwowa i z Krakowa. Niedługo po tym zaplanowano budowę Wielkiej Krokwi. Warto zauważyć, że w późniejszych latach skoki w Jaworzynce były stałym elementem uroczystości sportowych w Zakopanem. W 1925 roku rozegrano zawody o mistrzostwo Zakopanego, co jest równe prawie Mistrzostwom Polski. 


www.skisprungschanzen.com

Karol Stryjeński - za jego pośrednictwem, w zimowej stolicy Polski powstała Wielka Krokiew. Dla Jaworzynki był to niemal cios prosto w jej serce - od tamtej pory trzeba było spodziewać się bliskiego końca tego obiektu. Na WK odległości, jakie można było osiągać, były zdecydowanie większe. 

W 1926 w Jaworzynce odbyły się zawody zorganizowane przez Odział Narciarski „Sokoła”, podczas których Stanisław Gąsienica Sieczka oddał najdłuższy skok (36,5 m), ale niestety, w momencie lądowania zaliczył upadek. Według tatrzańskiej prasy, w trakcie trwania tego konkursu 70% skoków kończyło się upadkiem lub też podparciem.

Co ciekawe, każdy widz, który chciał zobaczyć zawody przychodził do Jaworzynki pieszo, ale zdarzały się osoby, które wybierały podróż sankami górskimi. Wśród publiczności znajdował się również ksiądz, gdyż niepokojono się o życie zawodników. Od marca 1926 coraz mniej korzystano z tego obiektu na rzecz Wielkiej Krokwi. Z protokołów klubu SN PTT wynika, że trudno było utrzymać skocznię, zwłaszcza latem, gdyż górale kradli belki z drewna. Dwa lata później odbył się tutaj ostatni konkurs, a jako datę śmierci tejże skoczni podaje się rok 1930.

*Wypowiedź Stanisława Marusarza po skoku na skoczni w Jaworzynce: Po skończeniu zawodów Jaworzynka opustoszała. Zostaliśmy sami z kolegami. Niewiele się zastanawiając powziąłem decyzję - spróbuję sił na skoczni jaworzyńskiej! Narty miałem z sobą. Zacząłem się drapać na rozbieg, który był zbudowany z drzewa na znacznej wysokości. Przypomniały mi się przestrogi ojca, a przed oczami stanęły wszystkie chyba kaleki, jakie widziałem w życiu. Wahałem się przez dłuższą chwilę, czy w ogóle skakać. Ale oto doszedł mnie śmiech i drwinki kolegów. Moje postanowienie dojrzało. Na złość kolegom wdrapałem się o dwa metry wyżej i bez namysłu ruszyłem w nieznaną przepaść. Na szczęście moje krótkie i niesmarowane deski słabo mnie niosły. Traciłem szybkość. Narty rozjeżdżały się na boki, gdyż rowki były krzywo żłobione. Skulony więcej ze strachu niż z potrzeby "stylu" zbliżałem się nieuchronnie do progu. Rany Boskie! Próg!!! Wyprężyłem instynktownie ciało i rzuciłem się do przodu niczym w paszczę niedźwiedzia. Pierwsze wrażenie? Zachłysnąłem się silnym pędem powietrza, zimnego powietrza. Zdawało mi się, że zleciałem z turni wprost do stawu z lodowatą wodą. Pode mną rozwarła się przepaść stokroć większa, niż mogłem przypuszczać. Strach zabił całą emocję skoku. Nad zeskokiem szarpnąłem nerwowo ciałem. Efekt był taki, że wylądowałem na głowę. Mimo nieprawidłowego lądowania, poczuwszy "grunt pod głową" doznałem uczucia ulgi. Fikając koziołki zsuwałem się po zeskoku w dół. Wykonywałem przy tym rozpaczliwe ruchy starając się zachować prostą linię spadku, aby, znalazłszy się na przechodzącym w poprzek zeskoku mostku, nie stoczyć się do strumyka, co mi się zresztą szczęśliwie udało. Zatrzymałem się u podnóża skoczni przy akompaniamencie głośnych drwin kolegów. Słabe tempo na rozbiegu spowodowało, że mimo wysokiego progu skoczyłem niewiele ponad 10 metrów. Tak wyglądał mój chrzest na zawodniczej skoczni. Nie przejmując się tym niefortunnym początkiem postanowiłem przychodzić częściej na Jaworzynkę”.*


źródło: www.z-ne.pl / www.skisprungschanzen.com

You May Also Like

0 komentarze