Obsługiwane przez usługę Blogger.

Pochłonięci przez skocznię

by - 7:50 PM

Z okazji 1 listopada, dnia zmarłych, postanowiłam napisać dla Was coś jeszcze - artykuł przypominający o skoczkach, którzy zginęli, uprawiając swoją pasję. Na szczęście żniwo skoczni jest niewielkie, lecz w niektórych przypadkach tyle samo jest informacji. Poświęćmy im więc chwilę zadumy.



Paul Bietila (1918-1939)
Paul był młodym, 21-letnim chłopakiem. Startował dla klubu z Ishpeming. Był optymistyczną przyszłością amerykańskich skoków - należało do niego m.in. mistrzostwo juniorów ze Stanów oraz brąz na tych samych zawodów w randze seniorskiej. Dostał też nominację na igrzyska, które miały się odbyć w Gamish-Partenkirchen. Jednak wszystko pokrzyżował trening do mistrzostw USA z 5 lutego 1939. Boczny podmuch wiatru sprawił, że upadł, uderzając w oblodzony zeskok i słupek ogrodzenia przy końcu wybiegu. Po tym wypadku, aż 3 tygodnie walczył o życie, finalnie umierając 26 lutego w wyniku komplikacji.

Paul Ausserleitner (1925-1952)
Ten przypadek jest chyba najgłośniejszym tego typu. Austriak królował w młodzieżówce w Niemczech w 1942, a także w Austrii w 1949, gdzie ustanowił niepobity do dziś rekord skoczni w Geisbergu. Był też propagatorem skoków wśród dzieci i młodzieży. Jego pechowym dniem okazał się 5 stycznia 1952 r. W czasie treningu do konkursu, z okazji święta Trzech Króli, niefortunnie upadł przez złe lądowanie i cztery dni później zmarł w szpitalu.
Jego imię otrzymała skocznia w Bischofshofen, na której stracił życie.

Jeff Wright (1952-1975)
Jeff był reprezentantem Stanów Zjednoczonych. Uczestniczył m.in. w Mistrzostwach w Lotach w Oberstdorfie, a także dwukrotnie w Turnieju Czterech Skoczni, nie osiągając jednak większych sukcesów. Ponownie 5 stycznia, stał się ofiarą skoku treningowego - stracił równowagę w locie i uderzył głową w zeskok. Natychmiastowo przewieziono go do miejscowego szpitala, gdzie jednak podjęto decyzję o transporcie do lepiej wyposażonego ośrodka w Hannowerze (stan New Hampshire). Skoczek umarł najprawdopodobniej w drodze, ze względu na poważny uraz szyi.

Jan Kwak
Wśród ofiar skoczni znalazł się również i Polak. O nim wiadomo jednak niezbyt wiele. W informacjach, które odszukałam, widnieje jedynie, że skoczek z Kościeliska po upadku zjeżdżał głową w dół i uderzył nią w drzewo. I nasuwa się pytanie, kto to sadzi drzewa na zeskoku...

Ernst Becker-Lee (1905-1940)
Ta historia jest rodem z Trójmiasta. Udało mi się odszukać informację, że na tym terenie istniała grupa zwana "Skigruppe Danzig", do której należał właśnie ten Niemiec. Na najwyższej skoczni w Gdańsku Oliwie, podczas zawodów w Dolinie Radości doszło do nieszczęśliwego wypadku, w skutku którego zginął. Ku jego pamięci, naprzeciwko miejsca, w którym kiedyś była skocznia, stanęła płyta z herbem Gdańska i napisem: ERNST BECKER-LEE ZUM GEDACHTNIS 1940.

Jermo Ribbers (1993-2008)
Na koniec pozostawiłam najświeższą tego typu tragedię. 14-letni wówczas Holender skakał w Oberstdorfie, gdzie uczył się i mieszkał w internacie. Na skoczni K-56, podczas jednej z prób chłopak upadł na zeskok. Niestety około dwa razy uderzył przy tym mocno głową o bandę. Mimo próby ratowania go, podjętej przez trenerów, chłopak zmarł w drodze do szpitala.

Niech pamięć o nich nie zginie.

You May Also Like

0 komentarze