26 czerwca 2017

Obowiązki czy przyjemności? Parę słów o dziennikarstwie na skoczni

Chyba nie ma w świecie skoków narciarskich osoby, która chociaż raz w swoim życiu, nie marzyła o zdobyciu akredytacji. W sumie, to nic w tym dziwnego, bo kojarzy się ona z jakimiś przywilejami, do których nie wszyscy mają dostęp. O jej popularności świadczy z pewnością wiele pytań na różnych askach, grupach na Facebooku czy nawet propozycjach w Google. Każda z Nas kiedyś wpisała w wyszukiwarkę hasło podobne do "jak zdobyć akredytację" czy "akredytacja co to" chyba, że to tylko ja. Czy jednak ten mały, niepozorny, laminowany chociaż nie zawsze kawałek papieru ze zdjęciem zawieszony na szyi wiąże się jedynie z przyjemnościami? Absolutnie nie i dzisiaj czas na obalenie tego powszechnego mitu.

Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę z tego, że akredytacja akredytacji nierówna. Tutaj skupimy się tylko na tych medialnych, a więc tych związanych z dziennikarstwem czy fotoreporterstem na samej skoczni. By ją zdobyć nie wystarczy jedynie wypisanie wniosku przez osobę zainteresowaną. Potrzebna jest redakcja, która Was na konkretny konkurs akredytuje, czyli to własnie ją reprezentujecie swoją pracą podczas konkursu. Dlaczego? Na wniosku o akredytacje, znajdują się specjalne rubryki do wpisania nazwy redakcji jak również danych, zazwyczaj redaktora naczelnego. Takiego wniosku nie może więc wysłać każdy.

Czy wystarczy jedynie być w redakcji, by móc się akredytować? Nie. Zalezy to oczywiście od konkretnego portalu i regulaminów tam panujących, ale w większości wygląda to tak, że na akredytację trzeba sobe zapracować i to nie w ciągu miesiąca, ale czasem nawet i roku, może dłużej. Trzeba pisać, błyszczeć pomysłami, bo akredytacji na jedną redakcję przypada niewiele, a chętnych jest sporo, więc trzeba przekonać do siebie redaktora naczelnego. Ja swoją pierwszą otrzymałam dopiero po półtora roku od pisania dla jednej ze sportowych redakcji...a przez te kilka miesięcy musiałam na prawdę ostro pracować. Akredytacja nie przychodzi więc do nas z kosmosu, musimy się o nią postarać. Poza tym jest jeszcze jeden warunek - należy być pełnoletnim, inaczej wniosek nie przejdzie. Trochę tych ograniczeń jest, co?

Okej, wróćmy jednak do głównego tematu. Gdy już zostanie nam przyznana akredytacja po wysłaniu wniosku i liczeniu na cud, że konkretna redakcja w ogóle dostanie cokolwiek od związku organizujacego konkretne zawody nie jest wcale prościej. Tych medialnych akredytacji jest sporo i nie wszystkie będę tu wymieniać, ale te najpowszechniejsze to dziennikarska i fotoreporterska. Jak same nazwy wskazują, pierwsza dotyczy głównie przeprowadzenia wywiadów czy uczestnictwa w konferencjach prasowych, druga - robieniu fotografii. Różni ich sporo, ale też i łączy. W zależności od skoczni, fotoreporterska ma zazwyczaj większe pole manewru - na dziennikarskiej trzeba stać w wyznacznonym sektorze, zdjęcia robi się w wielu innych miejscach, co nie oznacza jedynie stania i oglądania zawodów, raz po raz podnosząc obiektyw i naciskając odpowiedni guzik. Foto łączy się z bieganiem w góre i w dół i różnymi losowymi wypadkami, niezawsze miłymi. Przykład? Letni Puchar Kontynentalny 2016 w Wiśle. Miałam okazję wykonywać zdjęcia i pomyślałam, że wspaniale będzie pofotografować zawodników w chwili wybicia. Jeśli ktoś był na górze Malinki, to wie, że do schodków przy wyjsciu z progu prowadzi....udeptana dzika ścieżka po zboczu. Moje schodzenie skończyło się zdartymi kolanami i kilkoma drzazgami w rękach...wszystko jednak dla zdjęć, prawda? Akredytacja to nie jest, jak widać, jedynie bułka z masłem. Dziennikarska niesie za sobą przyjemność przeprowadzania własnych wywiadów, ale postawmy sprawę jasno - rzadko kiedy są na to warunki. Zazwyczaj trzeba przepychać się w tłumie dziennikarzy, by jak najbliżej podłożyć swój dyktafon do twarzy skoczka, który odpowiada...na pytania innych. Jeśli mocno się wkręcisz....zapominasz o skokach i czasem nawet nie wiesz, jak kto skoczył i kto akurat prowadzi. Zanim się zorientujesz, musisz biec do kolejnego tłumu.

Po zawodach nie czeka dziennikarza spokojne pójście do domu i opłakiwanie zakończonego już konkursu. Jeśli Ci się poszczęści, znajdziesz miejsce w biurze prasowym, które zajmiesz sobie na długo przed pierwszymi treningami. Tam obrabiasz zdjęcia i zgrywasz lub spisujesz wywiady, by Twoja redakcja miała wszystko na bieżąco i jak najszybciej. Tak, na zawody bierzesz ze sobą laptopa czy inne sprzęty... Jest trochę wyścig z czasem - kto pierwszy będzie miał świeże informacje, tym lepiej. Po około godzinie, dwóch od końca zawodów, pakujesz torbę i ruszasz do hotelu szczęśliwy....i okropnie zmęczony.

Ale umówmy się, akredytacja to też przyjemności. Nie patrzmy tylko na złe strony. Przede wszystkim daje możliwość zobaczenia zawodów, z innej, bardziej "profesjonalnej" perspektywy. Można podpatrzeć pracę zawodowych dziennikarzy i wejść tam, gdzie inni nie mogą w tym do strefy cateringu halo. Do tego, możesz uczestniczyć w konferencjach prasowych i zobaczyć to wszystko "od kuchni". Bliskość zawodników też jest dla wielu ważna, szczególnie, że nie jesteśmy wtedy juz dla nich fanami, a dziennikarzami...których nie zawsze lubią, no cóż.

Podsumowując, akredytacja to ogromna przyjemność ale również dużo obowiązków. Jeśli ją raz dostaniesz, zmieni się Twoje podejście do skoków, zapewniam Cię. Każdemu, kto o niej marzy - życzę szczęścia, by ją otrzymał. Ciężka praca i odrobina szczęścia i wszystko może się zdarzyć.




2 komentarze:

  1. Bardzo przydatny wpis. I dobrze, że ktoś o tym mówi, tłumaczy to. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie takiego opisu szukałam. Dzięki, przyda się na przyszłość. :p :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Skoki okiem Kobiet , Blogger