3 kwietnia 2017

Planica, Planica snežena kraljica - czyli co i jak z tą Planicą



Planica, Planica i po Planicy. Minął już tydzień od mojego pobytu w Słowenii, a nadal myślami jestem w Kranjskiej Gorze i Ljubljanie. Zdecydowanie pokochałam te miejsca, mimo że początkowo zarzekałam się, że nie, że nie ma szans, że polubię to okropne państwo i tych ludzi, a jednak. Moment w którym słońce zaczęło świecić sprawił, że się zakochałam. Bo i jak można inaczej, Kranjska to cudowne miejsce, malutka mieścinka, przepełniona turystami, ale tylko od czwartku do końca zawodów w niedzielę, później wymiera. Byłyśmy tego świadkami, gdyż zostałyśmy w Kranjskiej do poniedziałku, ze względu na nasz transport do Polski. Jednak zacznijmy od początku. 

Podróż odbyła się bez żadnych komplikacji, wyruszyłyśmy z Katowic po godzinie 17, wcześniej spotykając się na małe alkoholowe zakupy, jeżeli chcecie pić alko w Słowenii, polecam wziąć coś ze sobą, chyba że gustujecie w winach, to na miejscu macie ich dużo do wyboru. Do Lju zajechałyśmy przed czasem, czyli nieco po 4 nad ranem. W oczekiwaniu na pierwszy autobus do Kranjskiej, który jechał o 5:30, umalowałyśmy się i ogarnęłyśmy. Do Kranjskiej jechałyśmy dwie godziny, później poszłyśmy do naszego hotelu, który znajdował się w pobliżu centrum, na stokach tras narciarskich. W okolicy było kilka ciekawych miejsc do spania - Apartmenty Bernik czy Vitranc, znajdują się one w sąsiedztwie Mercatora, czy Vopy. Jeżeli posiadacie akredytacje, należy ją odebrać w Hotelu Kompas, spod którego odchodzą także VIP Shuttles pod skocznię. Jeżeli macie jednakże bilety, również dostępne są autobusy pod skocznię, autem nie ma co się tam pchać.

Po dojechaniu na skocznię poszłyśmy na małe zakupy, kupiłam sobie wtedy dwie czapki sloski, a następnie postanowiłyśmy odnaleźć sektor mediów, po pół godzinie latania po skoczni odkryłyśmy, jak się tam dostać i w końcu weszłyśmy na nasz sektor. Niestety ale w dniu kwalifikacji padało, więc zmęczone i zmoknięte powróciłyśmy szybko do domu. Poszłyśmy jeszcze na zakupy żywieniowe, w sumie podczas wyjazdu wydałyśmy na nie 100 euro, ale nie oszczędzałyśmy czy to na Red Bullach czy winie, dzieląc jednakże tą kwotę na trzy osoby, nie jest ona zawrotna. Po rozpakowaniu się i zjedzeniu jakiegoś posiłku zaczęłyśmy się powoli zbierać do Vopy, która nas naprawdę zawiodła. Klub jest mniej więcej wielkości Sofy w Wiśle, parkiet jest tak malutki, że wydaje się, jakby się brało udział w pogo. Co do cen drinków, wiem jedynie, że nieco ponad 5 euro kosztuje coca-cola z whisky, bo tylko to tam kupowałyśmy. Prawda jest jednak taka, iż wszystkich można w Vopie spotkać, od dziewczyn skoczków, przez młodych Czechów, a kończąc na Andersie Bardalu. W pubie, który jest u góry również można spotkać wiele osób, skoczków, sztaby no i wszędzie jest, naturalnie, pełno kibiców. 

Co do samej Kranjskiej, to jest się w stanie w pół godziny przejść ją cztery razy wzdłuż i wszerz, w końcu powierzchnia całej gminy to niecałe 50 kilometrów kwadratowych, a ludność nie przekracza półtora tysiąca osób (porównując, sam Kraków zajmuje ponad 300 kilometrów kwadratowych, a zamieszkuje go w roku akademickim blisko milion osób). Znajdują się tutaj dwa Mercatory, kilka sklepów z ubraniami sportowymi i duża ilość barów. Nie ma tutaj atrakcji, ale przyjemnie jest usiąść na zewnątrz, kiedy przyświeca słońce. Zewsząd dobiega nas muzyka i gwar rozmów w różnych językach, piwo leje się tutaj hektolitrami, a delikatnie podchmieleni kibice śpiewają swoje przyśpiewki. Wieczorem można udać się na plac na koncerty Open Air, sama byłam na jednym i zdecydowanie podobało mi się to wydarzenie, ot muzyka na żywo.

Powrót do Polski był nieco skomplikowany, gdyż z Kranjskiej wyjechałyśmy już koło południa, po drugiej byłyśmy w Ljubljanie, gdzie udałyśmy się na zakupy do drogerii typu dm czy lush. Cały wieczór spędziłyśmy w McDonaldzie na dworcu w oczekiwaniu na autobus. Planowo miałyśmy opuścić stolicę Słowenii o 22:45, jednakże autobus miał godzinne opóźnienie. Duży minus dla firmy Sindbad, za brak informacji dla nas oraz infolinię czynną do 23. W Polsce byłyśmy jednak o planowej godzinie i czas było się rozstać, a księgę wyjazdów na skoki zamknąć na jakiś czas. 

Początkowo myśląc o wyjeździe do Planicy, twierdziłam, że będzie on jednorazowy, teraz jednakże stwierdzam, że zostawiłam tam kawałek serca i z chęcią będę wracała w to cudowne miejsce. Całkowity koszt takiego wyjazdu to 800 zł, plus 18 euro na przejazd Kranjska-Lju oraz pieniądze na własne wydatki, jeżeli nie planujecie jakiś wielkich zakupów, czy wypraw do Vopy (wstęp 10 euro w piątki i soboty, w niedzielę klub zamknięty) 50 euro powinno wam wystarczyć. 

~Jagoda

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Skoki okiem Kobiet , Blogger