20 marca 2017

Groch z kapustą – podsumowanie Wielkiego Norweskiego Eksperymentu




W tym roku Norwedzy chcieli się koniecznie wyróżnić. Z tej okazji zorganizowali niebywałe, jedyne w swoim rodzaju, mordercze zawody – Raw Air. Nikt nie był na początku zbytnio przekonany do tego pomysłu. Końcowo jednak zdania zapewne się podzieliły. Bo jedno możemy przyznać z całą pewnością – emocji nie brakowało. Krzyki do telewizora, kurczowe zaciskanie kciuków, łzy szczęścia i porażki to właśnie to, czego było nam trzeba!
Dla samych zawodników – ogromne wyzwanie. Początkowo mieli oni oddać 16 skoków (kwalifikacyjnych i konkursowych), a łączna nota ze wszystkich prób miała wyłonić zwycięzcę. Organizatorzy nie wzięli jednak pod uwagę jednego z głównych, jakże kapryśnych bohaterów – wiatru. Pokrzyżował on nieco plany i zawody w Lillehammer musiały zostać odwołane. Teoretycznie więc, zawodnicy oddali 14 skoków. Teoretycznie, ponieważ tylko 14 z całej stawki udała się ta sztuka.
Niebywałą, wprowadzającą sporo zamieszania nowością były kwalifikacje – prologi, których skoczkowie nie mogli potraktować jako treningów z czego zapewne byli mocno niezadowoleni polscy zawodnicy. Niemal każdy skok musiał być perfekcyjny. Jeden błąd kosztował bardzo, bardzo dużo.  
Pogoda dawała się organizatorom we znaki i z jej powodu, praktycznie każdy konkurs był opóźniany. Niemałym szczęściem było, kiedy wiatr się uspokajał i pozwalał na oddawanie bezpiecznych i dalekich skoków. A skoro już o takich mowa, należy wspomnieć, że podczas drużynowego konkursu na Vikersundbakken dwukrotnie pobito rekord świata w długości lotu. Pierwszym razem za sprawą wąsatego Roberta Johanssona, a drugim – Stefana Krafta. O tyle o ile pierwsza próba została ustana, o tyle co do drugiej zapewne wielu ma pewne wątpliwości. Było bowiem widoczne, że Kraft delikatnie dotknął zeskoku tylną częścią. Ale skoro sędziowie nie widzieli, to znaczy, że się nie liczy. Jak widać, to temat na dłuższą dyskusję.
Fani tańca również mogli znaleźć w Raw Air coś dla siebie. Mianowicie, jakże cudowną, jego skoczną odmianę – taniec z belkami. Nie brakowało go w żadnym z konkursów. Ba, w Vikersund zawodnicy mieli odejmowane nawet po 40 punktów za wydłużony rozbieg. Takie rzeczy tylko w Norwegii.
W ostatnim konkursie sporą gratką dla spostrzegawczych kibiców były plastrony, na których, zamiast tradycyjnych numerów, widniały nazwiska skoczków. Niezła atrakcja zapewne nie tylko dla nas. Dostać od skoczka taki plastron… to dopiero marzenie!
Wikingowie ukazali swoją nietuzinkową wyobraźnię jeśli chodzi o wręczanie upominków. Jednym razem były to czapki, kolejnym talerze, a jeszcze innym zestawy kołder (lub koców ; ciężko stwierdzić). Normalnie must have do przetrwania w drodze. Praktyczne podejście, nie powiem. Zadbali o wszystko.
A propos talerzy… Wielką fetą okazało się wręczanie głównej nagrody – wielkiemu talerzowi towarzyszyła bowiem ochrona i operowa pieśń wykonywana przez… jakiegoś pana. Raczej nikt znajomy. Kibice mieli dosłownie dwa w jednym. Nie dość, że skoki, to jeszcze opera w pakiecie.

Wygrał w czepku urodzony Kraft najlepszy. Niektórzy mieli niezłą lekcję pokory. Inni świetną zabawę. Gdyby nie wiatr, mogłoby być naprawdę miło.
Na koniec mam jeszcze taką malutką dygresję… Może by tak zmienić nazwę turniej z Raw Air na Raw Wind? Brzmi chyba wiarygodniej.
Całe to ,,zjawisko” pozostawiam waszej ocenie. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że nie ma on szansy na jakąkolwiek rywalizację z Turniejem Czterech Skoczni. 

~Marysia


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Skoki okiem Kobiet , Blogger