19 marca 2017

Epilog, czyli jedna wielka niespodzianka



Kto by pomyślał po zakończeniu pierwszej serii, że wszystko zakończy się właśnie w taki sposób. Kiedy ja sama nie wiem czy powinnam się cieszyć, czy raczej płakać. Emocji dziś nie brakowało. Tego jestem pewna. Ale zacznijmy od początku.
Dawno, dawno temu, a dokładniej jakieś trzy godziny temu rozpoczął się ostatni akt debiutującego turnieju – Raw Air. Ciężko było się połapać, według jakiej klasyfikacji skakali zawodnicy, tak więc spieszę z pomocą dla tych, którzy jeszcze tego nie wykminili. Otóż była to kolejność zaczerpnięta z generalnej lotów. Ale żeby było ciekawiej, punkty liczyły się też do tradycyjnej klasyfikacji, a noty także do klasyfikacji Raw Air.
W pierwszej serii dobrym skokiem popisał się Johann Andre Forfang ten od Celiny i sweetaśnych foteczek, który ewidentnie się odblokował i w Vikersund skakał jak natchniony. Dzięki próbie na odległość 242,5 metra długo utrzymywał prowadzenie. Pół metra dalej wylądował Daiki Ito. Amerykańskiemu zdolniasze – Kevinowi Bicknerowi mało było wczorajszego rekordu, tak więc dziś poleciał aż na 244,5 metra. Niewątpliwie było to spore zaskoczenie dla wszystkich kibiców.
Daleko poszybował także niezłomny Noriaki Kasai (239,5 metra), który według Sebastiana Szczęsnego jest jak wino. Dlaczego? ,,Im starszy tym lepszy”. Ciekawe wnioski…
Szczęście odwróciło się za to od naszego ulubieńca – Markusa Eisenbichlera. Próba na odległość 141,5 metra nie dała mu kwalifikacji do drugiej serii. Chłopak starał się opanować i całkiem nieźle mu to wyszło. Z prawie kamienną twarzą zszedł z zeskoku. Ba, nawet pomachał do kamery! Panie Eisenbichler, co tu się dzieje?!
Dłużny swoim starszym kolegom nie pozostał Demon Domen Prevc, który dzięki swojej zuchwałej postawie (mam tutaj na myśli umieszczenie głowy dalej niż narty, czyli sławne prevcowe ,,wychylenie”) skoczył 236,5 metra. A co najważniejsze, obyło się bez upadku! Brawo!
Niemniej emocjonująca była końcówka pierwszej serii.
Tuż przed próbą Kamila Stocha, belka powędrowała w dół. Mistrzom jednak nie straszne i takie sytuacje. Nasz Orzełek z Zębu, w nienagannym, ocenionym na trzy noty 19,5- punktowe stylu, poleciał na 238,5 metra. Zaraz po nim, swój skok zepsuł całkowicie Daniel Andre Tande (182 metry) i zabrakło dla niego miejsca w finałowej serii. Nasz Ken nie krył złości, ale co mu się dziwić. W końcówce sezonu każdy chciałby pokazać się z jak najlepszej strony, a u tego pana wychodzi ostatnio całkiem odwrotnie.
Nie zawiódł za to Andi Wellinger, który po skoku na 242 metr, prowadził po pierwszej serii. Zaraz za nim uplasował się Stoch. Trzecie miejsce należało do Stefana Krafta (237,5 metra).
Jeśli ktoś po pierwszej serii sięgnął już po tabletki od ciśnienia, to był w wielkim, koszmarnym błędzie.
W drugiej serii swoją lokatę usiłował poprawić 28 Piotr Żyła. Niestety, nie wyszło mu to zbyt dobrze. Chyba DJ-ie na skoczni za cicho puścili ,,Przez twe oczy zielone” Zenka Martyniuka i w konsekwencji, Wiewiór nie miał z czego odlecieć.
O tyle o ile Złotousty nie poprawił swojego skoku, o tyle Rysiek Piątek zepsuł go totalnie. Gorzej już się nie dało. 128 metrów nawet na dużej skoczni nie byłoby satysfakcjonujące. A co dopiero na mamucie…
Dawid Kubacki nie zmarnował swojej drugiej szansy i poleciał na 232 metr, czym pobił swój życiowy rekord. W ,,międzyczasie”, po skoku Dzióbało, mogliśmy podziwiać dzikie wygibasy najstarszego z Prevców. Ale spokojnie, i na to pan Szczęsny miał wytłumaczenie. Według niego, Peter ,,Sprawdzał, czy ma kręgosłup”. Pozostawię to bez komentarza.
Cudowne odrodzenie przeżył także Anders Fannemel, były rekordzista świata, który poleciał na 244 metr. Swój rekord życiowy poprawił Karl Geiger, który najwidoczniej chciał się zrehabilitować za wczoraj i pokazać kolegom z drużyny, że coś jednak potrafi.
Kelvin Bickner wypił chyba za dużo Red Bulla i wydawało mu się, że poleci jeszcze, jeszcze dalej. Koniec końców nie poleciał. Zaliczył za to dość nieprzyjemnie wyglądający upadek. Kto wie, czy lądując na 234,5 metra nie przekreślił swojego startu w Planicy.
Noriaki Kasai zdążył pobić jeszcze swój rekord życiowy (241,5 metra), zanim rozegrało się istne piekło.
Stefan Kraft zepsuł swoją próbie i mogło się wydawać, że lądując na 215 metrze, oddaje w prezencie Welliemu wygrana w Raw Air. Nic bardziej mylnego.
Ale za nim stało się to, co miało się stać, kapitalną próbę oddał Kamil Stoch. 237 metrów w pięknym, mistrzowskim stylu. Radość dla serc wszystkich polskich kibiców.
Ostatni zawodnik, czyli wspomniany już wcześniej Andi Wellinger zaprzepaścił swoje szanse na wygrana w Raw Air. Wylądował na zaledwie 166 metrze i zajął w konkursie 18 miejsce. Nie wytrzymała psychika? Za mało doświadczenia? A może błąd techniczny? Tego póki co nie wiemy. Niemniej jednak, jest mi bardzo, bardzo smutno z tego powodu. Całym sercem jestem z Milką.

Mieliśmy dziś okazję usłyszeć ,,Mazurka Dąbrowskiego”. Podium uzupełnili Noriaki Kasai i Michael Hayboeck.
I mimo dopiero 5. miejsca, to właśnie Stefan Kraft wygrał Raw Air. Stoch awansował na 2. miejsce. Welli spadł na 3.
Jak widać, sport bywa nieprzewidywalny. Taka uroda skoków chciałoby się rzec. To, co dziś się wydarzyło, pewnie jeszcze długo pozostanie w pamięci zawodników oraz naszej – kibiców.
Z tej okazji, już dziś zapraszam na jutrzejsze podsumowanie całego norweskiego cyklu.

~Marysia


1 komentarz:

  1. Wellingerowi może i dzisiaj nie poszło, ale w ramach rekompensaty zagrli jego ulubiony hymn ;) a Bickner naoglądał się wczoraj Piotrka Żyły i też postanowił bić swój rekord i kraju dwa razy. Jak szaleć, to szaleć ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Skoki okiem Kobiet , Blogger